W poprzednim wpisie opisałem jakie kroki trzeba poczynić aby
móc wybrać się za naszą wschodnią granicę, dlatego tutaj, już nie powielając
informacji, opowiem jak to zrobiłem i jak fajnym miastem do zwiedzania okazał
się być dla mnie Brześć.
Od początku...
Przygotowania rozpocząłem od ogarnięcia dojazdu.
Nie było to zbytnio skomplikowane, gdyż wybrałem polskiego
przewoźnika autobusowego, mającego siedzibę w białej podlaskiej - skąd również
wyruszyłem w bezpośrednią podróż do samego Brześcia.
Nie mają niestety możliwości zakupienia biletów przez
internet, natomiast przewoźnik zapewnił mnie, żebym o nic się nie martwił bo
problemów z miejscem nie będzie - co się później okazało prawdą.
Kiedy plan przejazdu miałem już dopięty, zabrałem się za
szukanie noclegu. Postanowiłem przyjechać do Brześcia w środę rano, aby na
spokojnie móc zwiedzić miasto i wrócić następnego dnia do domu. Szczerze, to w
sumie mogłem pojechać spokojnie na dwa dni, ale że trochę trząsłem portkami
przed podróżą i długo się zastanawiałem czy tam w ogóle na nią się zdecydować.
Wyszło jak wyszło. Jak już padła ostateczna decyzja, to czasu zostało niewiele,
gdyż w sobotę jechałem na wesele kumpli (Koniku i Agnieszko, jeśli to czytacie
to pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za zajebistą imprezę!).
Postanowiłem wziąć hotel i wrócić następnego dnia, przede
wszystkim po to, żeby nie dręczyć się myślami typu : "a co będzie jak się
nie wyrobię na ostatni autobus i będę musiał zostać dzień dłużej a moje
pozwolenie już się skończy?!". No fakt faktem byłaby lipa. Kary na
granicy, tułanie się po ambasadach i inne niepotrzebne mi pierdu - pierdu.
Jestem jedną z tych osób które lubią mieć wszystko
zaplanowane i nie pchają się na przysłowiowy "przypał".
W kwestii noclegu, po raz kolejny zdał egzamin stary, dobry,
booking.com.
Opcje hosteli odrzuciłem już na samym początku.
Uznałem, że skoro stać mnie na "jedynkę" w hotelu,
to nie będę tracił nerwów na typowe noclegownie i ewentualnych współtowarzyszy,
których temperamentu i podejścia do współlokatorów nie jestem w stanie
przewidzieć.
Wybrałem pokój w hotelu BUG który jest idealnie usytuowany
względem centrum, dworca kolejowego oraz autobusowego, a poza tym pokoje są
urządzone w nie najgorszym standardzie.
Nie korzystałem ze śniadania - postanowiłem zaopatrzyć się
samemu w smakołyki. Wystrój hotelu, w ogóle zajebiście dodał klimatu do całej
imprezy. Był to typowy socrealizm. Przy wejściu stały ogromne głowy Lenina, po
kątach były poustawiane sztandary z sierpami i młotami.
Brakowało tak na prawdę
tylko informacji ze zaraz tam się odbędzie jakiś zjazd partii albo weteranów z
armii czerwonej.
Aby uzyskać pozwolenie, skorzystałem z jednej ze stron
instytucji pośredniczących, gdzie oferują wydanie takiego vouchera na adres
mailowy w wersji do wydruku.
Całość kosztów związanych z voucherem wyniosła mnie 58 zł. W
tej kwocie było już zawarte ubezpieczenie na czas wyjazdu, kupon na przejazd
taksówką do 5km oraz bilet wstępu do muzeum w twierdzy brzeskiej.
Ostatnią rzeczą która mi została, była wymiana pieniędzy .
Kupiłem w Polsce dolary amerykańskie, które są bardzo
porządaną walutą na Białorusi - dzięki czemu miałem pewność, że będę w stanie
je wymienić w każdym banku.
W środę 6.09.2018, wsiadłem w autobus do Białej Podlaskiej i
rozpocząłem swoją prywatną, jednoosobową wycieczkę
Wyruszyłem w godzinach rannych. Przed przystankiem
docelowym, autobus zatrzymał się jeszcze w Terespolu.
Na granicy, spotkałem się z kontrolą po stronie
Białoruskiej.
Pani celnik zapytała co wwożę, po czym poprosiła o
otworzenie plecaka.
Oni ostatnio mają duże ciśnienie na kontrole, bo władza
zaczęła patrzeć pogranicznikom na ręce. Tym sposobem, kilka tygodni temu, KGB
wjechało na granice koło Białegostoku i aresztowano za korupcję całą zmianę
Białoruskich celników. Nie ma to tamto, Łukaszenka się w tańcu nie cyrkoli.
Ale generalnie nie trzymali nas tam jakoś przesadnie długo.
Kontrola całego autobusu trwała łącznie może z 30 minut.
Po przyjeździe na dworzec w Brześciu, pierwszą rzeczą która
rzuciła mi się w oczy była piękna cerkiew. Postanowiłem chwilę jej się
przyjrzeć.
Bardzo spodobało mi się zachowanie przechodniów, którzy
mijali gmach świątyni.
Nie wyglądało to jak znane z polskich ulic "żegnanie
się a'la odganianie komarów" bynajmniej.
Z tego co widziałem, każdy z przechodniów - nie ważne czy
milicjant, czy urzędnik czy sprzątaczka - stawał w bramie, spoglądał kilka
sekund na cerkiew, po czym powoli i z godnością wykonywał znak krzyża, oddając
pokłon na końcu.
Szok... Jakoś specjalnie religijny może i nie jestem, ale
szanuję takie zachowania. Tym bardziej, że idealnie wpisują się w klimat i
kulturę danego miejsca. Bardzo miło jest coś takiego zobaczyć.
Idąc w stronę miasta, kilka razy mało nie padłem na gębę
przez woń męskich dezodorantów, co waliła po nozdrzach jak ruskie T-34 do
niemieckich Tygrysów w czasie bitwy pod Kurskiem. Z tą małą różnicą, że w moim
przypadku ostrzał był celny. Autentycznie - czułem tylko ten jeden ostry
zapach. Jak już ktoś "wypsiukany" koło mnie przeszedł, to przez
najbliższe 2 minuty, ostra jak maczeta woń rozpieprzała mi nos od środka.
Los chciał że akurat skończył mi się dezodorant. Poszedłem
więc do najbardziej znanego marketu na Białorusi, czyli sieci
"euroopt", zobaczyć czy faktycznie na półkach znajdę tylko jeden
antyperspirant.
No i nie - okazało się że wybór jest całkiem pokaźny, a ceny
nie najgorsze.
Wybrałem więc stare, dobre, sprawdzone "Fa" na
które jeszcze była promocja (3 ruble). I jakież było moje zdziwienie w hotelu,
kiedy się okazało, że to właśnie ta "promocja" spuszczała łomot moim
nozdrzom podczas spaceru po mieście. A może reszta dezodorantów też tak
pachniała? W każdym razie, chrzanie i na pewno nie będę tego sprawdzał.
Fajne w Brześciu jest to, że większość ulic których nazwy
zostały nadane od nazwisk znanych osób, w swoich początkowych punktach ma
pomniki, bądź popiersia patrona.
Tym sposobem w Brześciu można spotkać np pomnik Mickiewicza
i Gogola.
Z Gogolem jest o tyle ciekawie, że cały deptak wzdłuż jego
ulicy jest przyozdobiony jakimiś mosiężnymi instalacjami związanymi z
postaciami książek których jest autorem.
Efekt wygląda bardzo fajnie, a realizacja została wykonana
niezwykle starannie. Jako że Gogol lubił baśniowy klimat i fantazję, pomniki są
bardzo ciekawe.
W centralnym miejscu placu Lenina, stoi sam przywódca
rewolucji. Co ciekawe, prawą ręką wskazuje na... polski kościół
rzymskokatolicki
Plac Lenina jest bardzo zadbanym miejscem, z fontanną,
olbrzymim gmachem państwowym (ostatecznie nie dowiedziałem się co to za
instytucja... może ktoś wie?) oraz dużym telebimem.
Będąc na tymże placu, warto zwrócić uwagę na piękny budynek
banku - niegdyś Banku Polskiego. Zarówno na placu Lenina jak i w każdym innym
miejscu w Brześciu, jest od cholery czysto i faktycznie widać wszędzie Panie które
sprzątają.
Idąc dalej, kierowałem się w stronę twierdzy brzeskiej. Po
drodze minąłem stadion drużyny "Dynamo Brześć" o której od niedawna
zrobiło się głośno, z uwagi na to, że jej włodarzem, został nie kto inny jak
sam Diego Maradona. Łukaszenka ma w ogóle zapędy do robienia pozytywnego PR
przy pomocy fejmów z zachodu. Każdy chyba pamięta scenę kiedy prezydent
Białorusi czestował Stevena Segala marchewką.
Niedaleko stadionu, mieści się również muzeum koleji, z
którego to musiałem niestety zrezygnować kosztem innych atrakcji.
Zwiedzanie twierdzy, rozpocząłem od wizyty w znajdującym się
na jej terenie centrum informacji turystycznej.
Pracownica mówiąca po angielsku przekazała mi mapy i
broszury - również w języku polskim oraz opowiedziała co warto zobaczyć. Swoją
drogą bardzo uczynna dziewczyna. Później pomogła mi zamówić taksówkę, a nawet
sama po nią zadzwoniła ze swojego prywatnego telefonu. Białoruska gościnność na
najwyższym poziomie
Twierdza Brzeska robi ogromne wrażenie.
Niestety, nie znajdziemy tam żadnych śladów polskiej części
historii, chociażby z czasów przedwojennych, ale i tak bardzo warto tam się
wybrać.
Wchodząc na teren kompleksu, na pierwszy plan dostajemy
parking i stoiska z pamiątkami.
Wszystkie suweniry nawiązują tam do militariów, komunizmu,
twierdzy oraz samej Białorusi. Słyszałem jak niektórzy próbowali się targować z
tymi biednymi handlarzami, ale ja już nie miałem na to serca, bo faktycznie
wszystko było tam bardzo tanie (jak ukraiński barszcz... hihihihi).
Do twierdzy wchodzi się poprzez ogromne przejście w
kształcie gwiazdy w ogromnym, betonowym (a jakże) murze.
Gwiazda jest wyposażona w głośniki z których słyszymy
odgłosy nalotu, komunikat radia Moskwa o wybuchu II wojny światowej oraz
ulubioną nutę czerwonoarmistów czyli "świętą wojnę".
Odbiór tego jest trochę przerażający. Wszystko tam jest
ogromne i z betonu. Swoją drogą, ciekawe jak to zostało zbudowane.
Po przejściu przez "zviezde", idziemy w stronę
potężnego pomnika GEROJA twierdzy brzeskiej.
Pomnik jest tak ogromny że to aż kurde przesada.
Podobno, w jakimś rankingu, wygrał konkurs na najbrzydszy
pomnik świata.
Ale taka jest właśnie istota socrealizmu. To co powstawało
zgodnie z tym kierunkiem, jest albo zajebiście ładne, albo zajebiście wielkie -
i tu nie ma nic po środku.
Na terenie kompleksu stoją jeszcze dwie cerkwie, budynki
fortów oraz kilka innych pomników. Przed wcześniej wspomnianym GEROJEM,
znajdziemy tablice upamiętniające obrońców Twierdzy w 1941 roku, czyli z czasów
"wojny ojczyźnianej", oraz głośniki z których wydobywa się smutna
muzyka.
Za fortyfikacją, możemy sobie urządzić krótki spacer wzdłuż
Muchawca i zobaczyć miejsce w którym uchodzi on do Bugu.
Zobaczymy dzięki temu też zabytkowe bramy wjazdowe na teren
twierdzy. Jak będziecie w Brześciu - Twierdza jest pozycją obowiązkową. Jest to
punkt który dla związku radzieckiego był tym samym czym dla nas Westerplatte.
Pieprzeni hipokryci uważali, że 2 wojna światowa wybuchła dopiero w 1941 roku,
kiedy to Hitler najechał na ZSRR.

Po zwiedzeniu twierdzy, poszedłem do hotelu na moment
odsapnąć i wziąć prysznic. Przywiozła mnie taksówka, w ramach voucheru, którą
zamówiła mi przemiła Pani z centrum informacji turystycznej.
Jak już się zrobiłem się na bóstwo, mogłem ruszyć dalej...
czyli w stronę ulicy sowieckiej, gdzie jest deptak, pomnik tysiąclecia oraz
moje ukochane piwo w barach.
Idąc ulicami Brześcia nie czułem ani przez moment że
odpuściłem granice Unii Europejskiej.
Czystość, dużo atrakcji, piękni ludzie.... To wszystko
sprawia że kocham Białoruś i zawsze tam chętnie wrócę
Sam pomnik tysiąclecia pokazuje nam historię Brześcia.
Adnotacji nie przeczytałem z uwagi na to że NIE ZNAM JESZCZE
TEJ CHOLERNEJ CYRLICY i byłem skazany na odczytywanie symboli obrazkowych.
Czyli powrót do starożytnego Egiptu.
W cholere dziwne uczucie widzieć księcia Witolda stojącego w
jednym rzędzie z sołdatem armii czerwonej, ale ja, jako turysta staram się nie manifestować sprzeciwu takim
rzeczom, mimo wrodzonej nienawiści do komuny. A czemu? Bo nie jestem u siebie!
A jak nie jesteś u siebie to się nie czuj jak u siebie! I skoro tego samego
wymagam wobec podróżujących do NASZEGO PIĘKNEGO KRAJU - za granicą nie mogę być
hipokrytą, chociaż czasem serce się kraja.
Kiedy już wszedłem na deptak, czułem się jak w standardowym
europejskim kraju. Dużo ludzi, bary, punkty usługowe, banki (nawet nasz Polski
idea bank! Oraz szyldy typu "Wójcik") i piwko w przystępnej cenie.
Co jest tu warte wspomnienia, to latarnie odpalane przez
latarnika. To robi mega klimat. Na początku i na końcu ulicy sowieckiej,
znajdziemy zegary gdzie latarnik zaznacza kiedy zaczął i skończył robotę. Chłop
jest oblegany przez turystów i chętnie pozuje do zdjęć.
Następnego dnia, z wielkim żalem serca, udałem się na
dworzec autobusowy i pojechałem już bezpośrednim busem do Lublina.
Musze jeszcze wrócić do Brześcia. Poniżej załączam też film
na którym pokazałem Polskie domy przy ulicy Lewanowskiego oraz kilka innych nieopisanych powyżej smaczków.
Jeśli się zastanawiasz nad wyjazdem na Białoruś, to przestań
i jedź. I zacznij od Brześcia!















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz