wtorek, 25 września 2018

Brześć nad Bugiem, Brześć Litewski - bezwizowa wycieczka na kresy. [VIDEO]

me>
Decyzję o wyjeździe podjąłem na 2 dni przed samą podróżą. 
W poprzednim wpisie opisałem jakie kroki trzeba poczynić aby móc wybrać się za naszą wschodnią granicę, dlatego tutaj, już nie powielając informacji, opowiem jak to zrobiłem i jak fajnym miastem do zwiedzania okazał się być dla mnie Brześć.

Od początku... 


Przygotowania rozpocząłem od ogarnięcia dojazdu.
Nie było to zbytnio skomplikowane, gdyż wybrałem polskiego przewoźnika autobusowego, mającego siedzibę w białej podlaskiej - skąd również wyruszyłem w bezpośrednią podróż do samego Brześcia.
Nie mają niestety możliwości zakupienia biletów przez internet, natomiast przewoźnik zapewnił mnie, żebym o nic się nie martwił bo problemów z miejscem nie będzie - co się później okazało prawdą.
Kiedy plan przejazdu miałem już dopięty, zabrałem się za szukanie noclegu. Postanowiłem przyjechać do Brześcia w środę rano, aby na spokojnie móc zwiedzić miasto i wrócić następnego dnia do domu. Szczerze, to w sumie mogłem pojechać spokojnie na dwa dni, ale że trochę trząsłem portkami przed podróżą i długo się zastanawiałem czy tam w ogóle na nią się zdecydować. Wyszło jak wyszło. Jak już padła ostateczna decyzja, to czasu zostało niewiele, gdyż w sobotę jechałem na wesele kumpli (Koniku i Agnieszko, jeśli to czytacie to pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za zajebistą imprezę!).
Postanowiłem wziąć hotel i wrócić następnego dnia, przede wszystkim po to, żeby nie dręczyć się myślami typu : "a co będzie jak się nie wyrobię na ostatni autobus i będę musiał zostać dzień dłużej a moje pozwolenie już się skończy?!". No fakt faktem byłaby lipa. Kary na granicy, tułanie się po ambasadach i inne niepotrzebne mi pierdu - pierdu.
Jestem jedną z tych osób które lubią mieć wszystko zaplanowane i nie pchają się na przysłowiowy "przypał".

W kwestii noclegu, po raz kolejny zdał egzamin stary, dobry, booking.com.
Opcje hosteli odrzuciłem już na samym początku.
Uznałem, że skoro stać mnie na "jedynkę" w hotelu, to nie będę tracił nerwów na typowe noclegownie i ewentualnych współtowarzyszy, których temperamentu i podejścia do współlokatorów nie jestem w stanie przewidzieć.
Wybrałem pokój w hotelu BUG który jest idealnie usytuowany względem centrum, dworca kolejowego oraz autobusowego, a poza tym pokoje są urządzone w nie najgorszym standardzie.
Nie korzystałem ze śniadania - postanowiłem zaopatrzyć się samemu w smakołyki. Wystrój hotelu, w ogóle zajebiście dodał klimatu do całej imprezy. Był to typowy socrealizm. Przy wejściu stały ogromne głowy Lenina, po kątach były poustawiane sztandary z sierpami i młotami. 
Brakowało tak na prawdę tylko informacji ze zaraz tam się odbędzie jakiś zjazd partii albo weteranów z armii czerwonej.



Aby uzyskać pozwolenie, skorzystałem z jednej ze stron instytucji pośredniczących, gdzie oferują wydanie takiego vouchera na adres mailowy w wersji do wydruku.
Całość kosztów związanych z voucherem wyniosła mnie 58 zł. W tej kwocie było już zawarte ubezpieczenie na czas wyjazdu, kupon na przejazd taksówką do 5km oraz bilet wstępu do muzeum w twierdzy brzeskiej.

Ostatnią rzeczą która mi została, była wymiana pieniędzy .
Kupiłem w Polsce dolary amerykańskie, które są bardzo porządaną walutą na Białorusi - dzięki czemu miałem pewność, że będę w stanie je wymienić w każdym banku.

W środę 6.09.2018, wsiadłem w autobus do Białej Podlaskiej i rozpocząłem swoją prywatną, jednoosobową wycieczkę
Wyruszyłem w godzinach rannych. Przed przystankiem docelowym, autobus zatrzymał się jeszcze w Terespolu.
Na granicy, spotkałem się z kontrolą po stronie Białoruskiej.
Pani celnik zapytała co wwożę, po czym poprosiła o otworzenie plecaka.
Oni ostatnio mają duże ciśnienie na kontrole, bo władza zaczęła patrzeć pogranicznikom na ręce. Tym sposobem, kilka tygodni temu, KGB wjechało na granice koło Białegostoku i aresztowano za korupcję całą zmianę Białoruskich celników. Nie ma to tamto, Łukaszenka się w tańcu nie cyrkoli.
Ale generalnie nie trzymali nas tam jakoś przesadnie długo. Kontrola całego autobusu trwała łącznie może z 30 minut.
Po przyjeździe na dworzec w Brześciu, pierwszą rzeczą która rzuciła mi się w oczy była piękna cerkiew. Postanowiłem chwilę jej się przyjrzeć.
Bardzo spodobało mi się zachowanie przechodniów, którzy mijali gmach świątyni.
Nie wyglądało to jak znane z polskich ulic "żegnanie się a'la odganianie komarów" bynajmniej.
Z tego co widziałem, każdy z przechodniów - nie ważne czy milicjant, czy urzędnik czy sprzątaczka - stawał w bramie, spoglądał kilka sekund na cerkiew, po czym powoli i z godnością wykonywał znak krzyża, oddając pokłon na końcu.
Szok... Jakoś specjalnie religijny może i nie jestem, ale szanuję takie zachowania. Tym bardziej, że idealnie wpisują się w klimat i kulturę danego miejsca. Bardzo miło jest coś takiego zobaczyć.

 


Idąc w stronę miasta, kilka razy mało nie padłem na gębę przez woń męskich dezodorantów, co waliła po nozdrzach jak ruskie T-34 do niemieckich Tygrysów w czasie bitwy pod Kurskiem. Z tą małą różnicą, że w moim przypadku ostrzał był celny. Autentycznie - czułem tylko ten jeden ostry zapach. Jak już ktoś "wypsiukany" koło mnie przeszedł, to przez najbliższe 2 minuty, ostra jak maczeta woń rozpieprzała mi nos od środka.
Los chciał że akurat skończył mi się dezodorant. Poszedłem więc do najbardziej znanego marketu na Białorusi, czyli sieci "euroopt", zobaczyć czy faktycznie na półkach znajdę tylko jeden antyperspirant.
No i nie - okazało się że wybór jest całkiem pokaźny, a ceny nie najgorsze.
Wybrałem więc stare, dobre, sprawdzone "Fa" na które jeszcze była promocja (3 ruble). I jakież było moje zdziwienie w hotelu, kiedy się okazało, że to właśnie ta "promocja" spuszczała łomot moim nozdrzom podczas spaceru po mieście. A może reszta dezodorantów też tak pachniała? W każdym razie, chrzanie i na pewno nie będę tego sprawdzał.

Fajne w Brześciu jest to, że większość ulic których nazwy zostały nadane od nazwisk znanych osób, w swoich początkowych punktach ma pomniki, bądź popiersia patrona.
Tym sposobem w Brześciu można spotkać np pomnik Mickiewicza i Gogola.
Z Gogolem jest o tyle ciekawie, że cały deptak wzdłuż jego ulicy jest przyozdobiony jakimiś mosiężnymi instalacjami związanymi z postaciami  książek których jest autorem.
Efekt wygląda bardzo fajnie, a realizacja została wykonana niezwykle starannie. Jako że Gogol lubił baśniowy klimat i fantazję, pomniki są bardzo ciekawe.




W centralnym miejscu placu Lenina, stoi sam przywódca rewolucji. Co ciekawe, prawą ręką wskazuje na... polski kościół rzymskokatolicki
Plac Lenina jest bardzo zadbanym miejscem, z fontanną, olbrzymim gmachem państwowym (ostatecznie nie dowiedziałem się co to za instytucja... może ktoś wie?) oraz dużym telebimem.
Będąc na tymże placu, warto zwrócić uwagę na piękny budynek banku - niegdyś Banku Polskiego. Zarówno na placu Lenina jak i w każdym innym miejscu w Brześciu, jest od cholery czysto i faktycznie widać wszędzie Panie które sprzątają.




Idąc dalej, kierowałem się w stronę twierdzy brzeskiej. Po drodze minąłem stadion drużyny "Dynamo Brześć" o której od niedawna zrobiło się głośno, z uwagi na to, że jej włodarzem, został nie kto inny jak sam Diego Maradona. Łukaszenka ma w ogóle zapędy do robienia pozytywnego PR przy pomocy fejmów z zachodu. Każdy chyba pamięta scenę kiedy prezydent Białorusi czestował Stevena Segala marchewką.



Niedaleko stadionu, mieści się również muzeum koleji, z którego to musiałem niestety zrezygnować kosztem innych atrakcji.
Zwiedzanie twierdzy, rozpocząłem od wizyty w znajdującym się na jej terenie centrum informacji turystycznej.
Pracownica mówiąca po angielsku przekazała mi mapy i broszury - również w języku polskim oraz opowiedziała co warto zobaczyć. Swoją drogą bardzo uczynna dziewczyna. Później pomogła mi zamówić taksówkę, a nawet sama po nią zadzwoniła ze swojego prywatnego telefonu. Białoruska gościnność na najwyższym poziomie
Twierdza Brzeska robi ogromne wrażenie.
Niestety, nie znajdziemy tam żadnych śladów polskiej części historii, chociażby z czasów przedwojennych, ale i tak bardzo warto tam się wybrać.
Wchodząc na teren kompleksu, na pierwszy plan dostajemy parking i stoiska z pamiątkami.
Wszystkie suweniry nawiązują tam do militariów, komunizmu, twierdzy oraz samej Białorusi. Słyszałem jak niektórzy próbowali się targować z tymi biednymi handlarzami, ale ja już nie miałem na to serca, bo faktycznie wszystko było tam bardzo tanie (jak ukraiński barszcz... hihihihi).
Do twierdzy wchodzi się poprzez ogromne przejście w kształcie gwiazdy w ogromnym, betonowym (a jakże) murze.
Gwiazda jest wyposażona w głośniki z których słyszymy odgłosy nalotu, komunikat radia Moskwa o wybuchu II wojny światowej oraz ulubioną nutę czerwonoarmistów czyli "świętą wojnę".
Odbiór tego jest trochę przerażający. Wszystko tam jest ogromne i z betonu. Swoją drogą, ciekawe jak to zostało zbudowane.
Po przejściu przez "zviezde", idziemy w stronę potężnego pomnika GEROJA twierdzy brzeskiej.
Pomnik jest tak ogromny że to aż kurde przesada.
Podobno, w jakimś rankingu, wygrał konkurs na najbrzydszy pomnik świata.
Ale taka jest właśnie istota socrealizmu. To co powstawało zgodnie z tym kierunkiem, jest albo zajebiście ładne, albo zajebiście wielkie - i tu nie ma nic po środku.
Na terenie kompleksu stoją jeszcze dwie cerkwie, budynki fortów oraz kilka innych pomników. Przed wcześniej wspomnianym GEROJEM, znajdziemy tablice upamiętniające obrońców Twierdzy w 1941 roku, czyli z czasów "wojny ojczyźnianej", oraz głośniki z których wydobywa się smutna muzyka.
Za fortyfikacją, możemy sobie urządzić krótki spacer wzdłuż Muchawca i zobaczyć miejsce w którym uchodzi on do Bugu.
Zobaczymy dzięki temu też zabytkowe bramy wjazdowe na teren twierdzy. Jak będziecie w Brześciu - Twierdza jest pozycją obowiązkową. Jest to punkt który dla związku radzieckiego był tym samym czym dla nas Westerplatte. Pieprzeni hipokryci uważali, że 2 wojna światowa wybuchła dopiero w 1941 roku, kiedy to Hitler najechał na ZSRR.


  

 






Po zwiedzeniu twierdzy, poszedłem do hotelu na moment odsapnąć i wziąć prysznic. Przywiozła mnie taksówka, w ramach voucheru, którą zamówiła mi przemiła Pani z centrum informacji turystycznej.
Jak już się zrobiłem się na bóstwo, mogłem ruszyć dalej... czyli w stronę ulicy sowieckiej, gdzie jest deptak, pomnik tysiąclecia oraz moje ukochane piwo w barach.
Idąc ulicami Brześcia nie czułem ani przez moment że odpuściłem granice Unii Europejskiej.
Czystość, dużo atrakcji, piękni ludzie.... To wszystko sprawia że kocham Białoruś i zawsze tam chętnie wrócę
Sam pomnik tysiąclecia pokazuje nam historię Brześcia.
Adnotacji nie przeczytałem z uwagi na to że NIE ZNAM JESZCZE TEJ CHOLERNEJ CYRLICY i byłem skazany na odczytywanie symboli obrazkowych. Czyli powrót do starożytnego Egiptu.
W cholere dziwne uczucie widzieć księcia Witolda stojącego w jednym rzędzie z sołdatem armii czerwonej, ale ja, jako turysta  staram się nie manifestować sprzeciwu takim rzeczom, mimo wrodzonej nienawiści do komuny. A czemu? Bo nie jestem u siebie! A jak nie jesteś u siebie to się nie czuj jak u siebie! I skoro tego samego wymagam wobec podróżujących do NASZEGO PIĘKNEGO KRAJU - za granicą nie mogę być hipokrytą, chociaż czasem serce się kraja.
Kiedy już wszedłem na deptak, czułem się jak w standardowym europejskim kraju. Dużo ludzi, bary, punkty usługowe, banki (nawet nasz Polski idea bank! Oraz szyldy typu "Wójcik") i piwko w przystępnej cenie.
Co jest tu warte wspomnienia, to latarnie odpalane przez latarnika. To robi mega klimat. Na początku i na końcu ulicy sowieckiej, znajdziemy zegary gdzie latarnik zaznacza kiedy zaczął i skończył robotę. Chłop jest oblegany przez turystów i chętnie pozuje do zdjęć.



Następnego dnia, z wielkim żalem serca, udałem się na dworzec autobusowy i pojechałem już bezpośrednim busem do Lublina.
Musze jeszcze wrócić do Brześcia. Poniżej załączam też film na którym pokazałem Polskie domy przy ulicy Lewanowskiego oraz kilka innych nieopisanych powyżej smaczków.

Jeśli się zastanawiasz nad wyjazdem na Białoruś, to przestań i jedź. I zacznij od Brześcia!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz